• Menu
  • Menu

Odkrywamy Bałkany

Podbijamy i odkrywamy Bałkany 09.18

 W głowie się kotłowało, gdzie pojedziemy tym razem może tu, a może tam, chciałam gdzieś dalej, ale chcieć nie zawsze oznacza móc. Koszty, sprawy – uzgodniliśmy jedziemy autem na Bałkany.

Wyznaczyliśmy trasę zwiedzania, a że nie lubimy siedzieć w jednym miejscu, za cel obraliśmy szczyty górskie.

Pierwszy przystanek Dolina Będkowska i  Kraków

To u nas jest tak fajnie?

zatrzymaliśmy się na kempingu Brandysówka  … świetny klimat, dużo młodych ludzi, dużo miłośników wspinaczki, trekkingu, rowerów.

Spędziliśmy noc w namiocie, a rano zrobiliśmy sobie świetny spacer. Dolina Będkowska jest bardzo malownicza, ma wiele szlaków, dróg wspinaczkowych w skałach i wchodzi w skład Parku Krajobrazowego Dolinki Krakowskie.

Energylandia

Połowę dnia spędziliśmy w parku rozrywki, jakimś cudem wyprosiłam Piotrka. To był zastrzyk adrenaliny, na pierwszy ogień poszedł Hyperion – największy coaster w Europie pędzi, aż 142 km/h – strach w oczach. Przyznam się, że nie pamiętam za wiele z tej jazdy, później już było przyjemniej.

Węgry

W nocy wjechaliśmy na Węgry, rano po wystawieniu głowy z namiotu – to było dziwne miejsce “Akać-tanya”,  wybrane przez mapy Google. Był to ogromny teren z polem namiotowym, kilkoma drewnianymi domkami, sauną, łaźnią. Okazało się, że w tym miejscu właściciele prowadzą biuro polowań na, które najczęściej przyjeżdżają myśliwi z Finlandii.

Jedziemy dalej.. przez Serbię prosto do Macedonii.

Macedonia – przystanek turystyczny Kanion Matka. Przeszliśmy się kawałek, ale nie wpadliśmy w zachwyt. Byliśmy dość późno koło godziny 17 – tej, otwartych było jeszcze kilka restauracji, a większość stoisk z pamiątkami było zamknięte – miejsce wygląda na “mocno turystyczne”.

Dolno Konjsko (10 km na południe od Ochrydy) – pierwszy nocleg znaleźliśmy przez Booking – u sympatycznej rodziny. Pokoje były czyste,  z widokiem na jezioro Ochrydzkie, które rozdziela Albanię i Macedonię. Rano przenieśliśmy się na kemping położony nad samym jeziorem.

Warunki na kempingu? dużo niegroźnych psiaków, trochę za dużo śmieci, toaleta bez szału, wiele stacjonarnych przyczep kempingowych – nie zbyt pięknych.Wrzesień (choć ciepły) oznacza, że jest po sezonie, dlatego też wspomniane przyczepy, były zamknięte i puste. Trzeba jednak zaznaczyć, że był to jedyny otwarty w tym czasie kemping na południe od Ochrydy i nie mogliśmy wybrzydzać :))

Rozstawiliśmy namiot, zostawiliśmy rzeczy i pojechaliśmy zrobić zakupy do centrum Ochrydy – miasta  nad Jeziorem Ochrydzkim położonego u stóp gór Galiczica.

Ciężko było zaparkować, po paru rundkach w tą i w tam tą –  udało się. Wysiedliśmy. Pan popukał nas w ramie, yyy trzeba zapłacić za parking, komu? Panu z torbą, nie, nie temu, tam temu, bo ten ma tylko tam te dwie ulice, a te ma ktoś inny. Mamy to – dziwny system karteczkowych zdrapek trafił za szybę. Miasteczko ciekawe i ładnie położone, nad brzegiem jeziora powiewa flaga Macedonii nawiązująca do imperium Aleksandra Wielkiego (żółte słońce na czerwonym tle). Przepłynęliśmy łódką pod wzgórze, na którego szczycie wznosi się cerkiew św. Jana Teologa, cerkiew św. Pantelejmona i twierdza Cara Samuela. W drodze na Zamek, kupiliśmy pamiątki. Rzucił nam się w oczy napis “taniej niż w Biedronce”, Pan mówił dobrze po polsku, zresztą w Macedonii, na każdym kroku można spotkać turystów z Polski.

Schodząc z zamku podziwialiśmy średniowieczną zabudowę – wąskie uliczki, urokliwe domy z pomarańczowymi dachami, które świetnie wyglądają na tle niebieskiej wody i pełno małych starych cerkwi.

Pobłądziliśmy i zgłodnieliśmy, zjemy coś? W każdej napotkanej restauracji serwowano głównie pizze i inne “fastfoody”, możliwe, że to znak szybkiej masowej turystyki.

Wróciliśmy na kemping i od razu napompowaliśmy deski sup i rzuciliśmy się na jezioro, była bardzo duża fala, ciężko było wiosłować i ustać. Udało się podpłynąć do Muzeum na Wodzie „Zatoka Kości” jest to rekonstrukcja pradawnej osady zbudowanej na drewnianych platformach, które stoją na palach wbitych w dno jeziora. Muzeum powstało w tym miejscu ponieważ kilkadziesiąt lat temu nurkowie odnaleźli pozostałości osady.

Na Campingu zaprzyjaźniliśmy się z psiakiem, chodził za nami, odprowadzał do łazienki, bronił i pilnował, choć lubił podbierać kapcie i buty. Uwaga..nie zostawiaj butów na kempingu bez opieki.

1 wyzwanie

czyli pierwszy trekking, na lekko, jednodniowy, a do zdobycia góra Magaro 2255m n.p.m. Przyjemny trekking, piękne góry. Podejście 700 m w pionie i cudny widok na 2 jeziora. Wychodząc w góry zawsze jesteśmy dobrze przyszykowani, mieliśmy swoją mapę na telefonie i dobrze, bo znaki, choć stoją nie maja żadnych informacji.

Ciężko w Macedonii przemieszczać się bez samochodu, widzieliśmy, że osoby, które wybierały się w góry przyjeżdżały taksówkami, z których kierowcami umawiali się na powrót o danej godzinie.

Wróciliśmy pod wieczór, a jezioro było bardzo spokojne (druga próba) – poszliśmy pływać. Woda była idealna i przejrzysta na 7-10m., pływaliśmy do zachodu słońca.

Klasztor św. Nauma – jadąc na południe, wzdłuż brzegu Jeziora Ochrydzkiego, na granicy z Albanią – nie spodziewaliśmy się , że trafimy na takie miejsce, jakie? turystycznie ładne.

Wjeżdżając na parking trzeba zapłacić 50 denarów (3zł), jest to opłata zarówno, za parking jak i za zwiedzanie Klasztoru.

Przekraczając mury, wchodzi się do innego świata, na dzień dobry są stragany z pamiątkami. Miejsce jest zielone, trawa ładnie przycięta, spacerują pawie. Część ludzi opalała się nad brzegiem jeziora, część zwiedzała klasztor i pobliskie cerkwie, a jeszcze inna siedziała w restauracjach. Istnieje możliwość rejsu z Ochrydy do klasztoru św. Nauma i z powrotem. W ramach wycieczki przewidziane są 2 godzin zwiedzania.

W Macedonii spędziliśmy trzy intensywnie dni.

Grecja

niesamowite Meteory, czyli masyw skał z piaskowca i zlepieńca. Ogromne wyrastające z ziemi skały na, których pięknie prezentują się klasztory. Byliśmy ciut za późno, klasztory można zwiedzać do godziny 16 -17, zwiedziliśmy dwa – niesamowite.

Było sporo ludzi, widać, że jest to bardzo turystyczne miejsce, które w łatwy sposób można zwiedzić, ponieważ wszędzie wjeżdża się samochodem (no prawie wszędzie).

Pierwszy nocleg w Grecji

Zatrzymaliśmy się w miasteczku Leptokaria, z pokoju mieliśmy widok prosto na Olimp.

2 wyzwanie

Olimp – idziemy zdobyć górę Bogów.

Droga do miejsca, z którego startuje się na trekking jest bardzo wąska z wieloma zakrętami i ostrymi podjazdami. Na końcu drogi co prawda jest parking, ale stosunkowo mały, by znaleźć miejsce trzeba przyjechać bardzo wcześnie. Na szczęście pozostaje jeszcze opcja zostawienia samochodu na poboczu w wzdłuż ulicy.

Na miejscu spakowaliśmy plecaki, zabraliśmy wszystkie potrzebne rzeczy (…) idziemy.

Jak się wchodziło? to nie był taki pikuś, start jest z 1070m n.p.m. a wdrapać się trzeba na co najmniej na 2200 m n.p.m.  – gdzie jest schronisko. Byliśmy obładowani, nieśliśmy namiot, śpiwory itd. wiedzieliśmy, że zatrzymamy się gdzieś na noc. Na górę prowadzi jeden główny szlak E4 i kilka innych mniej uczęszczanych. Jedni rozkładają wejście na 2 dni, inni wychodzą wcześnie rano i pokonują Olimp jednym tchem. My wejście zrobiliśmy w jeden dzień z tym, że z plecakami dotarliśmy do schroniska na 2200, rozbiliśmy namiot i ruszyliśmy wyżej, – prawie na lekko. Olimp ma 4 szczyty (wszystkie powyżej 2900m n.p.m. ) weszliśmy na 2, no dobra Piotrek wszedł na dwa, ja płakałam ze szczęścia na pierwszym. Ostatnie podejście sprawiło mi trochę trudności, weszłam, ale szłam bardzo powoli (żółwim tempem), było przepięknie, surowy, klimat, tak jak lubię. Schodząc spotkaliśmy kozice.

Teraz z kanapy myślę sobie, że trzeba było iść na wschód słońca, albo zostać tam na drugą noc, naprawdę jestem zachwycona.

Podobno wstrzeliliśmy się w okno pogodowe (nie sprawdzaliśmy), podobno był high season (nie wiedzieliśmy), udało się, na spokojnie wejść i zejść, mijaliśmy miłośników gór – tłoczno nie było.
Zeszliśmy miej uczęszczanym szlakiem, oprócz zdziwionych organizatorów biegu na Olimp (bieg na Olimp haha) i paru biegaczy nie spotkaliśmy nikogo. Na dole wyglądało to już zupełnie inaczej, było bardzo dużo ludzi, dużo samochodów, autokarów, ludzie nie mieli gdzie zaparkować (niedzielna masakra).

Przepis – jak ominąć masowego turystę:

1 wyszliśmy jak na wyjście w góry trochę za późno tzn. koło godz. 10, na szczęście bez problemu znaleźliśmy miejsce parkingowe, czasami mamy więcej szczęścia niż…..

2 wszyscy siedzieli w schronisku, gdy  ruszyliśmy na szczyt

3 jak wszyscy wyszli na wschód słońca, to wstaliśmy i zeszliśmy.

4 wracaliśmy zapomnianym, pustym szlakiem

Saloniki – rzuciliśmy okiem, to pewnie bardzo ładne miasto w dodatku drugie co do wielkości. Przeszliśmy się nad morze, zjedliśmy obiad, pokręciliśmy się. Saloniki tętnią życiem. Centra, butiki znanych marek, restauracje, na pewno dzieję się tam więcej niż w innej części Grecji. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy jednak tego sprawdzać i pojechaliśmy w kierunku środkowego palca Półwyspu Chalcedyckiego.

Ciekawostka.. można zatrzymywać się na poboczu na wyznaczonym miejscu, jak już zaparkujesz możesz zostać zastawiony przez kogoś innego, oczywiście nam się to przytrafiło. Czekaliśmy 30 min i nic, w końcu się zorientowaliśmy, że za szybą jest nr tel., problem! osoba nie mówiła po angielsku. Na szczęście pan z pobliskiego hotelu był tak miły i porozmawiał z właścicielem pojazdu.

Jadąc dalej w dziesięcioletnim przewodniku wyczytaliśmy, że warto udać się do jaskini Petralona. Jedyne co w przewodniku się nie zgadzało to cena, wejście kiedyś kosztowało 4 euro, teraz kosztuje 8 euro. Jaskinia została odkryta 1959 przez mieszkańca pobliskiej wsi. Znaleziono w niej szczątki człowieka pochodzące z sprzed 700 tysięcy lat oraz kości zwierząt.

W jaskini można zobaczyć unikatowe stalaktyty i stalagmity o niezwykłych kształtach, nie mamy żadnego zdjęcia, bo nie można tam robić zdjęć (a jak nie można to nie można).

Półwysep Chalcydycki –  Sithonia pierwszy nocleg u sympatycznej rodzinki, czas na mycie ;), rano przenieśliśmy się na kemping położony nad samym morzem.  Na półwyspie sporo jest kempingów – do wyboru do koloru, tym razem byliśmy po sezonie więc nie bylo problemu ze znalezieniem miejsca na namiot.

Woda szalała, tzn. fala szalała, a my na niej z naszymi lekkimi deskami :)).

Wieczorkiem co by nie odpoczywać ;)) poszliśmy na spacer podziwiać zachód słońca. Do wyznaczonego miejsca przez naszą mapę nie doszliśmy, zapomniano zupełnie o tym szlaku – zarósł. Miejsce było porośnięte małymi, kującymi, karłowatymi, dębami – ałła.

Usiedliśmy w innym miejscu, czekając na zachód słońca.

Z naszego środkowego półwyspu było widać pozostałe dwa półwyspy, intrygujący jest Athos a dokładnie góra Athos (święta góra), jak ona kusi. Nie mogliśmy się na nią dostać, ponieważ ta część jest zamieszkana przez mnichów. Na półwyspie mogą przebywać jedynie mężczyźni – zakaz wchodzenia kobietom. Turyści – mężczyźni mogą uzyskać pozwolenie na zwiedzanie półwyspu w Salonikach. Codziennie wpuszczają 120 osób z czego tylko 10 innej wiary niż prawosławna.

Filippia – i wspaniała trasa, duże przestrzenie, pola ciągnące się po horyzont. Nie obeszło się bez małej awarii, przebiliśmy oponę, a tak naprawdę od dłuższego czasu podróżowaliśmy z wbitym gwoździem. 10 min postoju, Piotrek rachu, ciachu zmienił koło. Mapa Google pomogła wyszukać najbliższą wulkanizację. Opona została naprawiona – nic nas nie zatrzyma (10 euro).

Krążąc po miasteczkach by odwiedzić starożytne miasto, trafiliśmy na punkt widokowy oraz  świetną piekarnię i drzewa pełna olbrzymich granatów.

Filippia – starożytne miasto greckie. To właśnie z Filippi św. Paweł rozpoczął głoszenie chrześcijaństwa (list św. Pawła do Filipian). Najciekawsze zabytki to fragmenty agory, teatr, dwie bazyliki chrześcijańskie z V i VI w., – ile tam można by było jeszcze wykopać rzeczy.

Po raz pierwszy widzieliśmy żółwie Greckie, nakryliśmy je na baraszkowaniu w krzakach.

National Park of Nestos Delta and lakes Vistonida-Ismaridado –  jeden z dziwniejszych parków w jakim byliśmy. Wjeżdżając do parku jest miejsce informacyjne, w którym można otrzymać wskazówki i mapy. Jest to ogromny teren, na którym są piękne mokradła i czwarte co do wielkości jezioro liczące 45 km2. Było dość sucho, gorąco i co dziwne bardzo mało ludzi. Po tym dużym terenie jeździ się samochodem trzymając mapę i szukając miejsc, które są bardzo słabo oznaczone. Ścieżki są zarośnięte, czasami szliśmy po omacku, aż trafialiśmy na piękny widok. Ptaki są wszędzie, gdzie nie pojechaliśmy to widzieliśmy flamingi, pelikany.

Populacje ptaków latających, które można spotkać są imponujące pod względem liczebności, a także różnorodności gatunków. Wyczytaliśmy, że jest tam z 260 zarejestrowanych gatunków, dziewięć jest rzadkich lub zagrożonych w skali światowej.

My trafiliśmy na pelikany, flamingi, kormorany, kaczki.

Bułgaria

Noc spędziliśmy górach w miejscowości Smolan – przypadkowy hostel przy klubie nocnym ;))

3 wyzwanie

Bardzo interesowały nas Rodopy, chcieliśmy je schodzić, poznać i wdrapać się na najwyższy szczyt. Na miejscu okazało się, że szlaki są mało znane, a o turystyce pieszej nie wiele słyszano. W pierwszym dniu po omacku zrobiliśmy jeden wybrany przez nas szlak (43 km). Początkowo szliśmy po asfalcie z 1600m n.p.m. na 2000 m n.p.m. (co tam robi asfalt?), później już było tylko lepiej. Trekking był bardzo przyjemny z pięknymi widokami. Jednak najbardziej utkwił nam w pamięci “dziki” nocleg w pięknym miejscu, co prawda temperatura z 27 stopni spadła do 5 stopni, ale mamy bardzo dobre puchowe śpiwory. Sami podziwialiśmy wschód i zachód słońca. Niesamowity widok – byliśmy w morzu chmur.

Na najwyższy szczyt Rodopów Golyam Perelik nie można wejść, ponieważ znajduje się tam baza wojskowa, za to można wejść na ciut niższy Shilesta chuka 2198m n.p.m.

Maszerując, pustym szlakiem, napotkaliśmy znak – w tym miejscu można było  nabrać wody, a za znakiem? tak – nasi tu byli ;)) i znowu nie byłam tam pierwsza : )).

Ciekawostka…w Rodopach jest sporo dobrze przygotowanych szlaków narciarskich. We wrześniu już trwały prace nad trasami – czuć, że Bułgarzy szykują się na sezon zimowy. Ogromne hotele robią wrażenie, gdybym jeździła na nartach to odwiedziłabym ten region, pewnie ceny są niższe niż np. we Francji, jedzenie mają bardzo dobre no i wino, super. Zerknijcie sobie np. na Pamporovo  https://pamporovo.me/bg/, https://www.bulgaria.pl/wyjazdy-na-narty/rodopy-pamporowo.xml

W nocy wjechaliśmy do Trigrad – jechaliśmy ostro pod górę, dopiero rano okazało się w jak ładnym miejscu jesteśmy.

Trigrad – robią wrażenie kaniony, miejsca do wspinaczki, jaskinie. Droga przez kanion sama w sobie jest atrakcją, wąska, kręta, miejscami wydrążona w skale, można też wejść pieszo lub wjechać samochodem na punkt widokowy – Orle Oko.

Zwiedziliśmy, zobaczyliśmy dwie jaskinie

Diavolsko Garlo, jaskinię ku naszemu zdziwieniu ogląda się w grupie, ale bez żadnego przewodnika, dostaliśmy ulotkę w języku angielskim i weszliśmy przez metalowe drzwi. Szliśmy wyznaczoną trasą w głąb groty. Jest duża, wysoka i zamieszkana przez nietoperze. Rzeka chlupie, a w przewężeniu zwanym gardłem, można dostrzec diabła (kształt jednej ze skał). Do wyjścia prowadzą długie, strome schody. Wyjście z jaskini jest w innym miejscu niż wejście. Pamiętaj..weź latarkę i bluzę. Uwaga..można robić zdjęcia.

Jaskinia Yagodinska – jest to najdłuższa jaskinia Europy, idzie się z przewodnikiem, takie miejsce, a nikt nie mówi po angielsku, przewodnik opowiada tylko w ojczystym języku, sypie żartami, większość osób się śmieje, ale ty nie wiesz z czego. Wyprzedziliśmy grupę, zobaczyliśmy, zwiedziliśmy sami i wyszliśmy. Jaskinia jest bardzo, bardzo długa idzie się i idzie. Pamiętaj..koniecznie weź ciepłe rzeczy latarkę. Uwaga..nie można robić zdjęć.

Jadąc w stronę południowo-zachodnią do Melnika, mocno zmienił się klimat, zrobiło się cieplej, po drodze mija się wzgórza pokryte winoroślami, są winnice a to się = wino.

Melnik – czyli zaskakujące piramidy, jestem oczarowana tym miejscem, to najmniejsze Bułgarskie miasteczko, które jest bardzo urokliwe, ma swój klimat i ładną zabudowę. W Mielniku mieszka zaledwie 500 osób, za to odwiedza go tysiące turystów. Miasteczko jest zabytkowe i widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Spacerując po urokliwych uliczkach można kupić wino i wiele pamiątek, a na obrzeżach znajdziecie 300 schodów prowadzących na punkt widokowy. Melnik otaczają piaskowe piramidy, ostro zakończone.

Trafiliśmy na wesele, co oznaczało, że w miasteczku nie było noclegu. Wyjechaliśmy na obrzeża, zatrzymaliśmy się w świetnym miejscu, które prowadzi ojciec z synem. Właściciel musi mieć duży dystans do siebie, po czym wnioskujemy ? jego portrety znajdują się wszędzie, przy wejściu, na menu, na kubkach czy serwetkach. Upiliśmy się winem.

Koniecznie trzeba zobaczyć średniowieczny Monaster Rożeński –  jest tajemniczy i czuje się w nim dobrą atmosferę. Na dziedzińcu rosną kwiaty i lubiane przez wszystkich winogrona. To miejsce było już znane Piotrkowi, 14 lat temu przeszedł z bratem połowę gór Bułgarii z plecakiem, z aparatem na klisze i garścią drobniaków w kieszeni. Mocni. To się nazywają wspomnienia!

Niedaleko monastyru jest jeszcze jeden punkt widokowy.

4 wyzwanie

Musała – czytając w „Internetach” sprawdzając trasę na najwyższy szczyt Bułgarii, dowiedzieliśmy się, że na 2300 m. n.p.m. można wjechać kolejką i że sama przejażdżka jest atrakcją. Tym razem postanowiliśmy wjechaliśmy i zjechać. Fakt przejażdżka kolejką była fajna, długa, malownicza i trochę straszna – kolejka ma już swoje lata. Szlaki są dobrze oznakowane, pierwszy przystanek na śniadanie zrobiliśmy w schronisku pięknie położonym nad jeziorem. Słońce świeciło – bajka, aż chciało się iść wyżej czyli 700m w pionie.  Tuż obok starego schroniska wybudowano nowe, ale tak wcześnie rano (8.00) było jeszcze zamknięte (może w sezonie wcześniej otwierają).

Góry są bardzo podobne do naszych Tart Zachodnich tylko, że Tatry są o wiele piękniejsze.

Przy pierwszym schronisku, które leży nad stawem wypoczywało dużo ludzi (takie Bułgarskie Morskie Oko).

Uwaga.. znajomi dwa tygodnie później pojechali, czyli koniec września – kolejka była już zamknięta.

Węgry

5 wyzwanie

Kekesz – najwyższy szczyt Węgier – nie planowaliśmy, ale jak idziemy tropem górskich szczytów, wdrapmy się i tu  –  jedyne 1014 m n.p.m. Po przejściu tylu kilometrów, góra nie była trudna ani męcząca, wręcz przyjemna. Na sam szczyt można wjechać samochodem, z tego co widzieliśmy parking jest płatny i można tylko płacić gotówką.

Tokaj –  kochamy takie klimaty, a jeszcze bardziej kochamy słodkie, białe wina, ten region jest dla nas stworzony. Spędziliśmy w nim całe 2 dni, a może i 2,5 :)) jak na nas naprawdę bardzo dużo. Wjechaliśmy do Tokaju pod wieczór, po zameldowaniu się w pokoju, szybko ruszyliśmy coś zjeść i zwiedzić okolice. Trafiliśmy do pustej restauracji, było zaskakująco smacznie. Z pełnymi brzuchami, co by nie tracić czasu zrobiliśmy nocne rozeznanie po “centrum”, było pusto i bardzo cicho, to miejsce już o godzinie 21.00 spało. Większość kawiarni była pozamykana, zaszliśmy do jednej knajpki, na wstępnie nas poinformowano, że jedynie możemy napić się wina i o to nam chodziło :))

Następnego dnia wypożyczyliśmy rowery i zrobiliśmy przejażdżkę po winnicach. Po drodze zajechaliśmy na degustację wina. Cudowna trasa i piękna pogoda.

Popołudniu znaleźliśmy jeszcze siły by udać się do piwnic Rakoczego na degustacje win i zwiedzanie piwnic. Pani opowiedziała nam o produkcji słodkiego wina. Co ciekawe najsłodsze wino robi się z tych najbardziej wysuszonych i najbardziej spleśniałych winogron. Próbowaliśmy 6 win, degustacja zaczyna się zawsze od najmniej słodkiego wina. Ciekawą rzeczą jest historia jednego z rodzajów win. Polscy Królowie uwielbiali słodkie wina z Tokaju. Kupcy, którzy chcieli obniżyć swoje koszty, wpadli na pomysł że  zamiast wina kupią wytłoczony sok z winogron i sami zrobią wino. Podróż z Węgier do Polski trwała bardzo długo, i po przyjeździe okazało się, że w beczkach zamiast soku jest gotowe wino, które od tej pory nazywa się “samorodne”..

Tokaj na pewno uwielbiają Polacy. W tym czasie nie za wiele się działo, autokary z Turystami zatrzymywały się przejazdem, na chwilę i jechały dalej. Podobno ludzie nie lubią, już tak słodkich win, czy to prawda?

Rano wstaliśmy – czas wracać do domu. Wszystko co fajne i miłe musi się skończyć.

…w domu…

o rany! ale mamy jesień.. :))

Statystyki:

20 dni

6000 tys przejechanych km

40 h pieszych wycieczek

5 szczytów górskich

10 x rozstawiony i złożony namiot

8 x napompowana deska sup

1 przebita opona

25 l przywiezionego wina

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *